Piętnaście tysięcy osób wzięło w sumie udział w głównej, sobotniej imprezie kongresowej w podrzymskim Ciampino, 26 marca 2004 roku. Jasne – być może policzono też parkingowych i barmanów, co nie zmienia faktu, że cztery gigantyczne sale-namioty wypełnione były po brzegi tłumem ludzi jakiego żadna polska impreza salsowa nie ujrzy zapewne przez najbliższe 50 lat… Powód? Włosi po prostu nie jeżdżą na kongresy. Czekają leniwie aż ktoś zorganizuje im festiwal na miejscu, sprowadzi instruktorów, zaprosi. Wtedy dopiero tłumnie i obowiązkowo stawiają się na zajęciach. Tamtej nocy aby przedostać się z sali pokazów do najbliższej sali imprezowej, znajdującej się za drzwiami, potrzeba było ponad 25 minut przepychania się przez tłum tańczących-gdzie-się-da, popijających przy barze, obserwujących parkiet, rozmawiających w przejściu i wreszcie tanich podrywaczy („E! Ragazza!”), bo jak się okazuje nie dla wszystkich salsa była głownym motywem przyjścia na tę imprezę.
Niektórzy twierdzą że każdy kongres to właściwie ta sama rutyna : zajęcia-drzemka-impreza-pokazy-impreza-i spać; i tak na okrągło. Więc po co to opisywać? Tymczasem najciekawsze jest właśnie to co nie zostaje uwiecznione kamerą, a co baczni obserwatorzy wyłapują chciwie spomiędzy 123 i 567 kongresowych wydarzeń… Spojrzenia, nowe osobowości, teksty, gagi, miny gdy nikt nie patrzy… I tak po każdym festiwalu czuję że mogłabym napisać dwutomową powieść.Pierwszy z trzech zaprezentowanych na kongresie, i najlepszy, moim zdaniem, pokaz Imperio Azteca, mulitnarodowej formacji Johnego Vasqueza. Mistrzostwo jeśli chodzi o dobór muzyki i pomysł. No i ta energia!Johny Vasquez… Temat rzeka. Książę Salsy, jak mówią o nim i on sam o sobie. Główny showman festiwalu. Twarz Prince’a w ciele Elvisa. Była okazja uczestniczyć w jego zaawansowanych i początkujących zajęciach tego samego dnia i, co ciekawe, obydwa miały tak samo wysoki stopień trudności… Trudno żeby było inaczej skoro na obydwu uczono fragmentów pokazowych choreografii Johnego, a na hasło „a teraz z muzyką” z głośników zaczynało płynąć „Mambo Celoso”, w którego tempie ja ledwo wyrabiam się z krokiem podstawowym, o shinesach nie mówiąc. W tym tempie każdy, kto pierwszy rz widział układ na oczy wypadał bardzo blado w porównaniu ze zgraną czwórką tancerzy z „Imperio” więc automatycznie należny im i tak podziw rósł dodatkowo do kwadratu…
Po tym kongresie mam już pewność że Johny ma niesamowitego pecha jeśli chodzi o pokazy.Albo… ma słabą nagrywarkę cd…Podobnie jak w UK tu też dwa razy robił podejście do sobotniego show. Tym razem wprawdzie nie ucięto piosenki w połowie, ale za to puszczono utwór w dwa razy szybszym tempie… A że zaczynało się od kawałka Bee Gees’ów, wszyscy zorientowali się dopiero po ok pół minuty…
Według programu w piątek miała grać orkiestra Manolito y Su Trabuco, a w sobotę Mambomania. Ach jak czekałam na to „Dame Cinco”. Niestety Mambomania w ‘ostatniej chwili’ (jaaasne!) nie dojechała, więc Manolito uświetniał imprezę i w piątek, i w sobotę. Coż, fajnie było usłyszeć dobrze znane kawałki, jak „Fuera de mi casa”, ale z drugiej strony ile można tańczyć kubanę gdy w około tyle fajnych Bodies to Cross…, tym bardziej że zaraz po koncercie włoscy DJe jakby było mało zapuszczali z płyt co? Numery „Manolito y Su Trabuco” GRRR… Na szczeście okazało się że jedna z czterech sal gra wyłącznie mambo i tam w końcu wylądowali wszyscy „liniowcy”. Wielu rzeczy niestety nie udało się uwiecznić na zdjęciach. Chociażby ‘zawodów’ jakie urządził sobie na niedzielnej imprezie Leon Rose z anonimowym dla mnie nadal (niestety), a przywiezionym przez Eddiego Torresa ODKRYCIEM roku (Frankie II jak go wszyscy nazywali). Zawody polegały nie tyle na podawaniu sobie, ale odbieraniu partnerki z którą obaj tańczyli, jak najszybciej, jak najsprytniej i w taki sposób żeby nie zaburzyć rytmu tańca i prowadzenia. Wrażenie potęgował dopping Nelsona Floresa, który co chwile krzyczał z boku: „Leon! buu, tylko na tyle cię stać?” albo „Ee tam, za to daję ci max 2 punkty!”.
Na niewielu kongresach aż tyle uwagi poświęca się korzeniom salsy i jej tradycyjnym formom. Jak się okazało 3/4 Włochów w ogóle uznaje za jedyny i właściwy tylko styl casino (nota bene są w nim całkiem nieźli). W grafiku zajęć wśród 6 równocześnie prowadzonych warsztatów do wyboru, przynajmniej dwa zawsze dotyczyły afro, salsy kubańskiej, rumby lub rdzennych tańców Puerto Rico: bomba i plena. Główna spośród zaproszonych kubańskich gwiazd festiwalu: grupa Conjunto Folklórico de Cuba. Na kongresie liczną kubańską formację reprezentowały tylko 3 pary. Ale za to jakie! Wszyscy piękni jak z obrazka, o modelowych wymiarach i… jeszcze bardziej modelowo tańczonej rumbie…Zajęcia z Tropical Gem. Fernando po włosku zagrzewa tańczących do tańca (pierwszy raz chyba słyszałam żeby Fernando aż tyle mówił na zajęciach, może dlatego że wreszcie znał język). A skoro już o mówieniu mowa… wszystkie zajecia na kongresie byly prowadzone albo po hiszpańsku albo po włosku. Nelson Flores, Frankie, Jhesus Aponte wszyscy prowadzili en espańol wtrącając tu i ówdzie włoskie liczby i kierunki, widząc zdezorientowane twarze uczestników zajęć. Nawet Leon Rose, zatwardziały 5 o’clock pod koniec lekcji nie wytrzymał i próbował trochę „powłoszczyć”: „And… ahora tutti… yyy tutti…? Tutti Frutti!”. Nie wszystkie lekcje miały takie powodzenie, ale ta zbiegła się akurat z zajęciami odwołanymi nagle z „niewiadomych przyczyn” przez Frankiego Martineza (Frankie po prostu obraził się na organizatorów za przełożenie jego pokazu na niedzielę i zamiast na zajęcia, poszedł na… lunch), więc wszyscy niedoszli mambowicze zasilili warsztat Tropical Gemu (w sumie naliczylam ponad 200 par).